Turbacz i Lubomir

Turbacz i Lubomir te dwa szczyty zdobyliśmy w sierpniu 2017 roku. Dziś zapraszamy do lektury historii pewnego wyjazdu. Zapraszamy.

Z życia Świat Gór:

Dziś na blogu historia pewnego wyjazdu. Powoli kończymy zaległości związane z 2017 rokiem i zbliżamy się do najważniejszego momentu ubiegłego roku, czyli naszego ślubu, ale o tym to chyba w osobnym wpisie.

Wiadomym jest, że przed ślubem trzeba zorganizować kawalerski i panieński. Dziewczyny zorganizowały sobie wszystko na miejscu, a chłopaki? A jakże! W górach. Dlatego też dziś relacja z dwudniowego wyjazdu w ramach kawalerskiego w Beskidy, gdzie działo się bardzo dużo, ale o szczegółach poniżej.

Za nami kolejne aktywne weekendy. 10-11 marca spędziliśmy w przepięknej stolicy Czech. Więcej o naszej wycieczce do Pragi już wkrótce na naszym blogu. Natomiast ostatni weekend to kolejne wykłady na kursie przewodnickim.

Co przed nami? Adrian miał wziąć udział w wyjeździe na najwyższy szczyt Ukrainy – Howerlę (2061 m.n.p.m.). Niestety problemy zdrowotne uniemożliwią mu ten wyjazd. Wielka szkoda ale jeszcze może kiedyś będzie okazja wybrać się na ten szczyt.

Tymczasem zapraszamy do czytania naszych relacji, komentowania ich, a także udostępniania. Niech Wasi znajomi również dowiedzą się o naszym blogu Świat Gór. Zapraszamy także na nasz profil na Facebooku oraz na Instagramie.

Relacja:

Historia pewnego wyjazdu… Na początek jednak zasadnicze pytanie. Gdzie może spędzić swój kawalerski, wielki miłośnik turystyki górskiej? Oczywiście wybór mógł paść tylko na góry, a że dość często wędrujemy szlakiem Korony Gór Polski zdecydowaliśmy się z chłopakami na wyjazd w Beskidy, aby zdobyć trzy szczyty do tej prestiżowej odznaki.

Założyliśmy sobie dość ambitny plan. Wyjazd w sobotę rano i przejazd do Gościńca pod Lubomirem, skąd założyliśmy w planie wyjście na Lubomir (904 m.n.p.m.), następnie przejazd do miejscowości Koninki i wejście na Turbacz (1310 m.n.p.m.). Nocleg zaplanowaliśmy w schronisku pod Turbaczem, a na drugi dzień nasz plan to zejście i zdobycie Mogielicy (1171 m.n.p.m.).

Plan jak widać ambitny, ale dla wytrawnych turystów górskich możliwy do zrealizowania. Tak więc w sobotę (19.08) tydzień przed ślubem ruszamy w składzie: Ja, Marcin Nowak, Marcin Buczkowski i Kordian Patkowski; w Beskidy z założeniem zdobycia trzech szczytów do Korony Gór Polski.

Od samego rana wszystko idzie nam zgodnie z planem. Pogoda idealna, drogę pokonujemy sprawnie i z kilkoma przerwami … nazwijmy to technicznymi 😉 docieramy do Gościńca pod Lubomirem (wjazd do samego gościńca samochodem osobowym to nie lada wyczyn, kto był ten wie).

Zostawiamy samochód na parkingu przy gościńcu, zabieramy plecaki, spoglądamy jeszcze na świetną panoramę widokową na Beskidy i ruszamy powoli w stronę szczytu. Od razu na samym początku pojawia się podejście. Znamy już Beskidy i wiemy, że jest to zupełnie inne pasmo górskie niż nasze Sudety. Świadomi jesteśmy tego, że zdobycie szczytu wymagać będzie sporego wysiłku.

To nas jednak nie zniechęca, pogoda nam dopisuje (słońce świeci, chmur brak). Spokojnym spacerem wędrujemy sobie by w same południe stanąć na szczycie najwyższego szczytu Beskidu Wyspowego – Lubomira (904 m.n.p.m.).

Przed nami wyłania słynne obserwatorium astronomiczne im. Tadeusza Banachiewicza, przy którym oczywiście robimy sobie pamiątkowe zdjęcia. Szczyt nie oferuje nam panoram widokowych, tak więc udajemy się jeszcze pod tabliczkę szczytu aby zrobić zdjęcia do książeczek i stwierdzamy, że czas schodzić bowiem przed nami dziś jeszcze wejście na Turbacz.

Tak więc tą samą drogą rozpoczynamy zejście i po kilkudziesięciu minutach spaceru docieramy do gościńca. Wchodzimy oczywiście do środka po pieczątki do książeczek oraz na mały odpoczynek przy zimnej Coca Coli dla ochłody.

I tutaj od razu małe wyjaśnienie. Niestety po powrocie do domu i natłoku spraw związanych z ślubem nie wiem w jaki sposób się to stało, ale nie zgrałem zdjęć z aparatu. Niestety samą kartę przed kolejnym wydarzeniem sformatowałem i nie udało się ich odzyskać. Jedyne co nam pozostało z Lubomira i całego wyjazdu to fotki wykonane telefonem komórkowym.

Lubomir zdobyty.

Obserwatorium na Lubomirze.

Po wyjściu z gościńca wsiadamy do samochodu, zjeżdżamy z tego można powiedzieć szczytu i ruszamy do miejscowości Koninki. Niestety w trakcie drogi zauważamy nadciągające chmury deszczowe w stronę Turbacza. To nas jednak nie zniechęca, nadal trzymamy się naszego planu.

Kilka minut przed godziną 14:00 docieramy do miejscowości Koninki. Na jej samym końcu znajduje się bardzo duży parking oraz wejście do Gorczańskiego Parku Narodowego. Szykując się do wyjazdu czytałem, że wejście stąd na Turbacz nie jest długie, ale bardzo strome. Długo się zastanawiałem od której strony zdobyć Turbacz, wybór padł właśnie na tą stronę.

Zostawiamy nasz samochód na parkingu, wyciągamy wszystkie torby i plecaki. Ubierając to wszystko wyglądamy dość dziwnie, ale cóż jakieś zaopatrzenie do schroniska trzeba ze sobą zabrać. Ruszamy w stronę kasy, gdzie kupujemy bilety do Gorczańskiego Parku Narodowego i ruszamy za znakami niebieskiego szlaku turystycznego.

Kawałek wędrujemy asfaltem, mijamy z prawej strony punkt informacji turystycznej wraz z hotelem. Pogoda nam dopisuje także cieszymy się, że chmury które widzieliśmy z oddali nagle nam znikły. Po kilkuset metrach skręcamy w lewo i wchodzimy do lasu. Tutaj kończy się płaska droga, a z prawej strony wyłania nam się początek podejścia na Turbacz. Postanawiamy więc zrobić sobie krótką przerwę.

Ruszamy na Turbacz.

Kończymy naszą przerwę i ruszamy w drogę. Już na samym początku podejścia stwierdzamy, że nie będzie łatwo. Z analizy trasy wiem, że większa część trasy to podejście, tak więc ciężka praca przed nami.

Wędrując spokojnie w stronę szczytu niestety po chwili zaczyna kropić deszcz. Z początku słabo, dlatego też nie zatrzymujemy się tylko idziemy dalej, jednak po pewnej chwili nad Turbaczem dochodzi do potężnej ulewy. Szybko chowamy się pod drzewami, ubieramy płachty przeciwdeszczowe i stwierdzamy, że poczekamy chwilę może deszcz ustąpi.

Pada deszczyk.

Po kilku chwilach przerwy faktycznie deszcz jakby ustaje, dlatego też postanawiamy szybko ruszyć w dalszą drogę z nadzieją, że to koniec opadów na dziś. Niestety deszcz znów przybiera na sile i rozpętuje się nad nami potężna ulewa. Chowamy się znów szybko i sprawdzamy mapę, okazuje się, że do schroniska jeszcze kawałek, a nam szkoda schodzić do samochodu, dlatego też postanawiamy w tym deszczu wędrować dalej.

Ruszamy i powoli pokonujemy kolejne metry podejścia w totalnej ulewie. Co jakiś czas wychodzimy na otwartą przestrzeń z nadzieją że to już ostatnia polana przed schroniskiem, jednak patrząc się co jakiś czas na mapy na telefonach okazuje się, że do celu jeszcze kawał drogi. Nie powiem żeby nas ten fakt cieszył, jednak nie poddajemy się i idziemy dalej twardo z nadzieją że deszcz ustanie.

Droga na Turbacz.

Droga na Turbacz.

Mniej więcej po trzech godzinach marszu (zgodnie z mapą już powinniśmy być w schronisku) docieramy na Halę Turbacz. Uradowani bowiem wiemy, że kończy się strome podejście a teraz przed nami marsz otwartą przestrzenią w stronę schroniska pod Turbaczem.

Na szczęście okazuje się, że deszcz ustał, a to co na nas padało to woda z drzew. Także uradowani ruszamy w dalszą drogę, z nadzieją że już wkrótce dotrzemy do schroniska i ściągniemy z siebie torby i przemoczone ciuchy.

Hala Turbacz.

Nasza ekipa na Hali Turbacz.

O godzinie 18:00 docieramy do schroniska. Uradowani, że w tak potężnej ulewie udało nam się tutaj dotrzeć. Odbieramy kluczyk od pokoju i ruszamy przebrać się. W taki sposób można powiedzieć górska część tego dnia dobiega końca. W planie było jeszcze wejście na szczyt, ale w tych warunkach stwierdzamy, że nie ma to sensu.

Przy przebieraniu się okazało się, że doszło do tragedii. Niestety Marcinowi N. w tej ulewie zamokły książeczki. Lata ciężkiej pracy można powiedzieć poszły na marne. Zostawiamy książeczki rozłożone z nadzieją, że wyschną i uda się je jeszcze uratować i ruszamy do restauracji na obiad.

Chwilę tam spędzamy na odpoczynku ładując akumulatory po bardzo ciężkim podejściu, a po przerwie wracamy do pokoju i wyciągamy nasze zaopatrzenie które wnieśliśmy ze sobą aż tutaj.

Dalsza część wieczoru mało już związana jest z górami, wieczór spędzamy w pokoju na rozmowach, a ze zmęczenia nasza impreza dość szybko dobiega końca. Przed 22.00 jeden z nas wstaje i postanawia przygotować sobie łóżko do spania, widząc to wszyscy decydujemy się przygotować sobie łóżka i tak można powiedzieć przez przypadek wszyscy już znajdujemy się w łóżkach i po chwili z totalnego zmęczenia zasypiamy.

Kawalerski.

Suszarnia...

Tak kończy się pierwszy dzień kawalerskiego wyjazdu. Rano po przebudzeniu okazuje się że deszcz nie ustępuje i pada nadal. Nam to już jest wszystko jedno i tak większość ciuchów mamy jeszcze mokrych, tak więc stwierdzamy, że trzeba zmodyfikować nasz plan i odpuścimy sobie dziś Mogielicę i spokojnie zejdziemy i ruszymy w drogę powrotną do domu.

Na początek jednak udajemy się jeszcze na śniadanie, w międzyczasie okazuje się, że deszcz ustał, dlatego też razem z Marcinem N. postanawiamy wyruszyć na wierzchołek Turbacza. Nie możemy odpuścić sobie tej sytuacji, że jesteśmy kilkaset metrów od szczytu i go nie zdobędziemy. Ubieramy się, wychodzimy z schroniska i ruszamy.

Faktycznie deszcz przestał padać, a my szybko i sprawnie płaską można powiedzieć drogą kierujemy się w stronę wierzchołka Turbacza. Po drodze wyłaniają się nawet niewielkie widoki na najbliższą okolicę, co nas bardzo cieszy.

O godzinie 9:20 stajemy na szczycie najwyższego szczytu Gorców – Turbacza (1310 m.n.p.m.). Znajduje się kamienny obelisk z nazwą szczytu przy którym robimy zdjęcia do książeczek. Z oddali wyłaniają się niewielkie widoki, robimy więc kilka fotek i ruszamy w drogę powrotną do schroniska.

Nowy dzień a za oknem deszcz.

Ruszamy na Turbacz.

Są widoczki.

Widoczki.

Turbacz zdobyty.

Takie widoki dziś mamy.

Wierzchołek Turbacza.

Wierzchołek Turbacza.

Turbacz.

Wierzchołek Turbacza.

Na Turbaczu.

Ruszamy do schroniska.

Kilka minut marszu i meldujemy się przy schronisku. Tutaj także korzystając z okazji, że nie pada robimy sobie pamiątkowe zdjęcia. Po wejściu do środka zdajemy chłopakom, którzy nie wybrali się z nami na szczyt, że mają czego żałować. Decydujemy się jeszcze chwilę spędzić w schronisku udajemy się do izby pamiątek.

Schronisko PTTK na Turbaczu.

Takie warunki przed schroniskiem.

Izba pamiątek.

Po chwili jednak stwierdzamy, że czas ruszyć w drogę powrotną. Pakujemy więc ostatnie rzeczy do toreb/plecaków, zdajemy klucz i ruszamy w drogę powrotną. Zejście oczywiście tą samą drogą którą wchodziliśmy, z początku idzie nam się bardzo dobrze. Szybko docieramy na Halę Turbacz, tuż za którą znów zaczyna padać.

Nam jednak już jest wszystko jedno i spokojnie rozpoczynamy zejście w stronę parkingu gdzie czeka na nas nasz samochód. Musimy uważać przy zejściu, gdyż jest dość stromo i zarazem bardzo ślisko przez te mocne opady deszczu.

Wędrując spokojnie w pewnym momencie przy jednej z przerw dostrzegamy poza szlakiem symbol Gorczańskiego Parku Narodowego, czyli Salamandrę Plamistą. Szybko robimy zdjęcie nim ucieknie nam. Udaje nam się to! Uradowani ruszamy w dalszą drogę.

Salamandra Plamista.

Mimo deszczu uśmiechnięci.

Zejście.

Ekipa.

O godzinie 12:00 czyli po ponad dwóch godzinach marszu docieramy do wypłaszczenia i miejsca w którym wczoraj odpoczywaliśmy przed podejściem. Nie zatrzymując się ruszamy w dalszą drogę, po chwili dostrzegamy, że niewielki Potok Porębianka, który wczoraj spokojnie sobie płynął dziś zamienił się w rwącą rzekę, a w okolicach informacji turystycznej woda prawie wylewa się na drogę.

Potok Porębianka.

Polana.

O godzinie 12:30 docieramy na parking uradowani, że udało nam się w takich warunkach bezpiecznie wejść i zejść. Stwierdzamy, że jesteśmy niezłymi wariatami, ale cóż dziś mogę śmiało stwierdzić, że kawalerski zapamiętam do końca życia. Mogielicę oczywiście odpuszczamy wsiadamy do samochodu i ruszamy w drogę powrotną do Nysy.

Wracamy po mokrej kolacji.

Po dotarciu do domu przeglądając internet napotykam takie o to artykuły: „Po ulewach, jakie przechodzą od wczoraj nad Małopolską, na kilku rzekach przekroczone są już stany ostrzegawcze i alarmowe”. Nam jednak udało się cało i bezpiecznie wrócić, a kawalerski zapamiętam na całe życie.

Pamiątką z wyjazdu są zdjęcia z telefonu komórkowego, bowiem zdjęcia z Lubomira utraciłem, a na Turbaczu aparat był schowany przed opadami deszczu.

Jedno jest pewnie po tym wyjeździe naszym hymnem został utwór EKT Gdynia – Bar w Beskidzie, gdzie w tekście pada zdanie „chłopaki wracają po mokrej kolacji”. Idealnie pasuje to do tego co wydarzyło się na naszej imprezie, którą nazwaliśmy „Kac Turbacz”. W drodze powrotnej nasz hymn z „Panną Zosią” w roli głównej leci nam w kółko, a my z uśmiechami na twarzy wspominamy to co działo się przez te dwa dni. Tak wyglądała historia pewnego wyjazdu…

Chłopaki wracają po mokrej kolacji.

A na koniec „Panna Zosia”:

Adrian Kołodziej
About Adrian Kołodziej 181 Articles
Nazywam się Adrian, od urodzenia związany jestem z Nysą (woj. Opolskie). Swoją górską przygodę rozpocząłem w 2007 roku, kiedy to pierwszy raz wybrałem się na wycieczkę górską w Tatry. Od tamtej pory góry to moja życiowa pasja, którą postanowiłem rozwinąć w 2013 roku tworząc blog: Świat Gór – Czyli blog o górach. Od 2015 roku natomiast moim górskim wyprawom towarzysz moja narzeczona Daria, dużo pomagając mi. Dlatego też stał się naszą wspólną stroną internetową. Zapraszam serdecznie do częstszego odwiedzania naszego bloga.

2 kometarzy on Turbacz i Lubomir

Zostaw odpowiedz

Podaj swoj email.


*